Weź dziś do ręki Lumię 920. Sto osiemdziesiąt pięć gramów, premiera we wrześniu 2012. W specyfikacji to tylko liczba, ale w dłoni czujesz każdy z tych gramów, bo to kawał litego poliwęglanu w kolorze, którego żaden inny producent wtedy nie odważył się użyć. Ekran budzi się kafelkami, które same się przewracają i pokazują pogodę, zdjęcia, nieodebrane połączenia. Wygląda świeżo. Wygląda inaczej. I trudno uwierzyć, że dwa lata później ta platforma osunie się do 2,5% rynku i będzie spadać dalej. Bo Windows Phone nie przegrał dlatego, że był zły. Przegrał, mimo że był dobry. I to jest w tej historii najbardziej gorzkie.

Mój Windows Phone nie był jednak tą błyszczącą 920. Nazywał się Lumia 610 i był mniej więcej najtańszy, jaki dało się wtedy kupić. Jak tam trafiłem? W technikum miałem Nokię 5800 na konającym już Symbianie, więc przesiadłem się na Samsunga Galaxy Spica, podobno jeden z lepszych Androidów tamtego sezonu. Tyle że Samsung do własnego procesora zapomniał dorzucić porządnych sterowników do układu graficznego. Wyszło to tak, że kiedy pół klasy cięło w Angry Birds na Xperiach X8 i LG Swiftach, u mnie ptaki ledwo raczyły się przesuwać. Obrażony na Androida i z chudym portfelem, po obejrzeniu naprawdę dużej liczby testów, kupiłem świadomie Lumię 610. Grudzień 2012, wiem na pewno, bo sprawdziłem w Gmailu. Mówiło się wtedy na nią „iPhone dla biednych”: szybka, ale tania.
I właśnie ta tania 610 mówi o losie Windows Phone więcej niż niejeden test flagowca.
Zanim iPhone wywrócił stolik

Żeby zrozumieć, jak nawet niezły telefon mógł tu polec, cofnijmy się do 2007 roku, kiedy „smartfon” znaczył coś innego niż dziś. Symbian trzymał wtedy jakieś 63% rynku, a Windows Mobile był odległym drugim z około 12% (dane Statista i Gartnera). To był sprzęt dla ludzi z rysikiem, służbowym kalendarzem i cierpliwością. Microsoft czuł się w tym świecie u siebie od dawna: Windows CE pokazał w 1996, PocketPC w 2000, a potem przemianował to na Windows Mobile. System siedział w firmowych telefonach, dogadywał się z Outlookiem, miał fizyczne klawiatury QWERTY i ekrany, w które stukało się rysikiem. Nie był gwiazdą popkultury, był narzędziem.
To wrażenie ciągłości, że ten system da się po prostu rozciągnąć na przyszłość, okazało się dla Microsoftu pułapką.
Rewolucja, którą Redmond wziął za ciekawostkę

Pierwszy iPhone ze stycznia 2007 wcale nie miał wszystkiego. Nie obsługiwał 3G, tylko wolne EDGE. Sklep z aplikacjami, App Store, ruszył dopiero w lipcu 2008. Kopiowanie i wklejanie tekstu dorzucono w 2009, przy iPhonie OS 3. Na papierze telefon Microsoftu robił więcej, a Steve Ballmer skwitował premierę śmiechem i komentarzem, że to najdroższy telefon świata, w dodatku bez klawiatury. Tyle że Apple nie ścigało się na funkcje. Przesunęło środek ciężkości całej kategorii: telefon miał być przyjemny, dotykowy i działać bez instrukcji obsługi.
W Redmond patrzyli na to przez stare okulary. Klawiatura, rysik, biznesowy rodowód, zgodność z tym, co było. Smartfon dalej traktowano trochę jak małego peceta, który przypadkiem dzwoni. A rynek właśnie uczył się czegoś nowego: że telefon to ekran, sklep z aplikacjami i ekosystem usług, które rozrastają się same.
Metro: ostatni naprawdę świeży pomysł w telefonach

Microsoft odpowiedział dopiero w październiku 2010, a w USA premiera padła 8 listopada. Windows Phone 7 wyglądał inaczej niż wszystko dookoła. Zamiast siatki ikonek dostawałeś żywe kafelki, które same się odwracały i pokazywały pogodę, wiadomości, twarz dzwoniącego. Interfejs Metro był typograficzny, odważny, miał w sobie powietrze. Do dziś wspomina się go z sympatią i słusznie, bo to był jeden z ostatnich momentów, kiedy ktoś w telefonach zaproponował własny język wizualny, a nie kolejny wariant cudzego. Moja 610 chodziła zresztą na jego budżetowej odmianie, Windows Phone 7.5 Tango, szytej akurat pod tanie telefony.
Problem w tym, że świeży wygląd nie nadrabia spóźnienia. W 2012 roku w sklepie Windows Phone było jakieś 100 tysięcy aplikacji. W App Store ponad 700 tysięcy, w Google Play ponad 600 tysięcy. A ładny kafelek nie ściągnie aplikacji, której nie ma.
Sojusz dwóch tonących
W lutym 2011 Stephen Elop, świeży prezes Nokii, rozesłał pracownikom słynne memo o „płonącej platformie”: firma stoi na płonącej platformie wiertniczej i musi skoczyć. Kilka dni później, 11 lutego, Nokia i Microsoft ogłosiły sojusz. Pierwsze Lumie, 710 i 800, weszły jeszcze pod koniec 2011. Lumia 900, pokazana na targach CES 2012, z 4,3-calowym ekranem AMOLED ClearBlack, trafiła do amerykańskiego AT&T 8 kwietnia 2012 jako jeden z pierwszych Windows Phone’ów z LTE.
I przez chwilę to nawet działało. Po premierze Windows Phone 8 udział skoczył w czwartym kwartale 2012 do 3% (Gartner, plus 124% rok do roku). W pierwszym kwartale 2013 platforma sprzedała się w 7 milionach sztuk i po raz pierwszy wyprzedziła BlackBerry (IDC). W Europie szło jeszcze lepiej: według Kantara w październiku 2013 Windows Phone miał 10,2% sprzedaży smartfonów, choć w USA tylko 4,8%. Globalny szczyt to jakieś 3,4-3,6% w 2013.
Tylko że obie firmy weszły w ten układ poobijane. Nokia spadła z pierwszego miejsca w 2007 do okolic dziesiątego w 2013, a Microsoft wciąż gonił rynek, którego wcześniej nie zrozumiał. Dwóch tonących trzymających się nawzajem nie zaczyna nagle płynąć. Powstały świetne pojedyncze produkty, ale nie powstał efekt skali. I nad wszystkim wisiało jedno pytanie, które klient zadawał w salonie: „dobra, ale czy są na to apki?”.
Ciekawostka nie na flagowca: większość Windows Phone’ów sprzedanych do 2013 to nie błyszcząca 920 z reklam, tylko tanie plastiki pokroju Lumii 520. Albo, jak u mnie, jeszcze skromniejszej 610, którą dało się wziąć w abonament za złotówkę. To był telefon dla kogoś, kto miał laga na tanim Androidzie, a na iPhone’a go nie było stać. Sam później polecałem znajomym dokładnie z tej półki, a bratu wybrałem na pierwszy telefon którąś Lumię z serii 4xx. Dla dzieciaka był to świetny start, choć i on dość szybko uciekł na Androida. Microsoft zbudował platformę, na której najlepiej szła najtańsza półka, i to całkiem sporo mówi o tym, gdzie naprawdę był wtedy rynek.
Apka, której nie było

„Na Windows Phone nic nie było” to dziś mem, ale za tym skrótem stoi bardzo konkretny mechanizm. I to on, a nie sam design, zabił platformę.
To było błędne koło. Użytkownicy nie chcą telefonu bez aplikacji. Deweloperzy nie chcą tracić czasu na platformę bez użytkowników. A potem robi się jeszcze gorzej, bo część dużych graczy aktywnie ucina to, co już jest. Snapchat w listopadzie 2014 ukrócił aplikacje firm trzecich, więc miesiąc później Microsoft musiał wyrzucić ze sklepu popularnego klienta 6snap. Oficjalnej apki Snapchata nie było nigdy, mimo petycji, którą w 2015 podpisało ponad 43 tysiące osób. Google dwa razy zablokował microsoftowy program do YouTube’a; wrócił w październiku 2013, ale obcięty z funkcji. Instagram dotarł dopiero pod koniec 2013, w wersji beta. Beta została z nami zaskakująco długo.
U mnie, w polskich realiach 2012 roku, ten brak akurat aż tak nie bolał. Aplikacji bankowych wtedy praktycznie nie było, paczkomatu na każdym rogu też nie, a podstawy w stylu Gadu-Gadu na telefon się znalazły. Sam system był przyjemny i zaskakująco stabilny, na pewno bardziej niż Android 2.1, z którego uciekłem. Za to wbudowana przeglądarka, wtedy jeszcze chyba Internet Explorer, potrafiła nieźle zirytować. Była jednak jedna rzecz, której nie dało się odkłamać: patrząc na to, co koledzy odpalali na Androidzie, czułem, że trzymam w ręku raczej feature-phone niż prawdziwego smartfona. Na konającym Symbianie w starej 5800 robiłem wtedy więcej niż na świeżej Lumii.
Microsoft próbował nadrabiać własnymi usługami i dobrymi mapami po przejęciu Nokii. Nie wystarczyło.
Reset za resetem

Tu robi się naprawdę boleśnie, i tu Microsoft zrobił sobie najwięcej krzywdy sam. Windows Phone 8 z jesieni 2012 przesiadł się ze starego jądra Windows CE na jądro Windows NT. Brzmi technicznie, ale konsekwencja była brutalna: żaden istniejący telefon z „siódemką”, łącznie z dopiero co wydaną Lumią 900, nie dostał aktualizacji do „ósemki”. W zamian była kosmetyczna łatka Windows Phone 7.8. Mnie ten dramat akurat ominął, bo moja 610 należała dokładnie do tej skazanej generacji, ale rozstałem się z nią po jakimś półroczu, zanim zdążyło to zaboleć. Gorzej mieli ci, co kupili flagowca w kwietniu 2012, a parę miesięcy później usłyszeli, że to ślepy tor. Potem przyszedł kolejny skok, do Windows 10 Mobile w 2015, znów z gubieniem sprzętu po drodze.
W telefonach zaufanie jest walutą. Kupując telefon, liczysz na kilka lat aktualizacji i na to, że za rok platforma dalej będzie miała sens. Microsoft kilka razy mrugnął rynkowi, że właściwie startuje na nowo, a ludzie odczytali ten sygnał aż za dobrze i przestali chcieć być testerami cudzej strategii.
Co po nim zostało
2 września 2013 Microsoft ogłosił, że kupuje dział telefonów Nokii za nieco ponad 7 miliardów dolarów, a Stephen Elop przeszedł do Microsoftu pokierować mobilnym działem. Transakcję domknięto w kwietniu 2014 i po Nokii została spółka Microsoft Mobile. Rok później bajka się skończyła: w 2015 Microsoft odpisał 7,6 miliarda dolarów wartości tych aktywów i zwolnił tysiące ludzi, a udział w rynku osunął się do około 1%. Wsparcie dla Windows Phone 8.1 skończyło się 11 lipca 2017. Markę Nokia przejęło HMD Global i do dziś przykleja ją do androidów. Bill Gates przyznał potem, że przegrana w mobile to jeden z jego największych błędów.
A sam system? Był odważny i pod wieloma względami ładniejszy niż ówczesny Android. Live Tiles do dziś wspomina się jako jedną z ostatnich świeżych idei w mobilnym interfejsie, Lumie miały charakter, a aparaty PureView w części modeli robiły zdjęcia lepsze niż konkurencja. Tyle że rynek nie nagradza samej elegancji ani nawet rozsądnych pomysłów. Nagradza timing, konsekwencję i upór w budowaniu ekosystemu.
A u mnie? Romans z Windows Phone skończył się po jakimś półroczu i system nie zapisał się w mojej pamięci jakoś szczególnie. Budżetowa Lumia nie zrobiła na nikim wrażenia, bo i jak miała, skoro każdy mógł ją wziąć za złotówkę na abonament. Żadnej furory w stylu Nokii 5800 przed nią ani iPhone’a 4S po niej. Ten 4S zresztą pamiętam do dziś, bo na jednej lekcji angielskiego w technikum przez bite 45 minut testowaliśmy z nauczycielem Siri i większość klasy wyszła z tego mile zaskoczona. Lumia takich emocji nie wzbudzała.
Ale dwie rzeczy z tamtej epoki ciągnęły się potem latami. Pierwsza to dźwięki: powiadomienia brzmiały tak przyjemnie, że kiedy dziś odpalam jakiś telefon z Windows Phone, robi mi się ciepło na sercu (swoją drogą były bliskie temu, co HTC wpychało wtedy do swoich Androidów, więc może gdzieś była wspólna inspiracja). Druga, dla mnie ważniejsza, to kolory. W czasach, gdy każdy smartfon był czarną szklaną sztabką, to właśnie Lumia, główna twarz Windows Phone, przypomniała rynkowi, że telefon może być żółty, cyjanowy albo malinowy, jak za dawnych czasów. Ten pomysł przeżył samą platformę i ciągnął się długo po jej śmierci.
Przeżył zresztą także we mnie. Do dziś lubię kolorowe telefony, a swojego iPhone’a kupiłem w ulubionym pomarańczowym, gdy tylko taki się pojawił, z nadzieją, że zostanie ze mną jak najdłużej. I może właśnie to zostało po Windows Phone najtrwalej: melodia powiadomień, garść odważnych kolorów i poczucie, że przez chwilę trzymało się w ręku przyszłość, która się nie wydarzyła.




Co o tym myślisz?
Miło poznać Twoją opinię. Zostaw komentarz.