Steve Jobs dochodził do skraju sceny tak, jakby keynote już się skończył. Dziękował, sięgał po łyk wody, robił krok w stronę kulis. I wtedy się odwracał: „There’s one more thing”. Sala wiedziała, że właśnie zaczyna się najlepsza część wieczoru.
Trik podpatrzony u Columbo
Fraza nie wyszła z działu marketingu. Jobs pożyczył ją od porucznika Columbo, granego przez Petera Falka detektywa, który wychodził z pokoju, łapał za klamkę i rzucał przez ramię „just one more thing”, po czym zadawał pytanie kładące mordercę na łopatki. To ten sam mechanizm: udawany koniec, zwrot, cios. Co ciekawe, po raz pierwszy Jobs użył tego nie do produktu. Było to 8 stycznia 1998 na Macworld Expo w San Francisco, kilka miesięcy po jego powrocie do firmy, którą prasa odtrąbiła już jako trupa. Udał, że schodzi, wrócił i rzucił mimochodem, że Apple znowu zarabia. Po latach ocierania się o bankructwo trudno było o lepsze zakończenie. Na pierwszy produkt ogłoszony w ten sposób trzeba było czekać do AirPortu latem 1999.
Jak z jednego zdania zrobił się rytuał
AirPort z Macworld w Nowym Jorku (21 lipca 1999) dziś brzmi banalnie, ale wtedy bezprzewodowy internet w domu był ciekawostką, a Jobs wystawił na scenę stację bazową i kazał laptopowi połączyć się z siecią bez kabla. (Linia AirPort dożyła zresztą 2018 roku, zanim Apple ją wygasiło.)

Przez kolejne dwa lata zadomowiło się to na dobre w scenariuszu każdego pokazu. Na konferencji Seybold, 31 sierpnia 1999, spod płachty wyłonił się 22-calowy Apple Cinema Display. W październiku przyszedł iMac DV, a za nim grafitowa edycja specjalna.

Ale moment, który najlepiej oddaje, o co w tym chodziło, to styczeń 2000 i premiera Aqua, nowego interfejsu Mac OS X. Jobs zachwalał płynne, szklane przyciski zdaniem, które przeszło do historii: zrobili je tak ładne, że „chce się je polizać”. Tego samego dnia, też pod „one more thing”, skasował słowo „interim” ze swojego stanowiska. Po dwóch latach prowadzenia firmy oficjalnie przestał być prezesem tymczasowym.

Skoro obiecałem komplet
Reszta ery Jobsa to długa lista (skrupulatne fanowskie zestawienia liczą tych momentów około trzydziestu), więc przejdę ją uczciwie, bez pomijania. Z komputerów: kostka Power Mac G4 Cube (2000), tytanowy PowerBook G4 (2001), kolorowe iMaki „Flower Power” i „Blue Dalmatian” z Tokio (2001), iMac G4 na ruchomym ramieniu, ten „od lampy” (2002), 12-calowy PowerBook (2003), pierwszy 64-bitowy Power Mac G5 (2003), iMac G5 (2004), pierwszy laptop na Intelu MacBook Pro (2006), unibody MacBook z jednej bryły aluminium (2008) i odchudzony MacBook Air (2010). Z ekranów dochodzi jeszcze 30-calowy Cinema Display z 2004, wtedy największy taki monitor na rynku.



Z iPodów uzbierało się ich sporo: mini w pięciu kolorach (2004), czarno-czerwony iPod U2 (2004), bezekranowy shuffle (2005), nano (2005) i nano z kamerką (2009). Z usług: iPod dla Windows (2002), iTunes dla Windows (2003), filmy w iTunes i zapowiedź Apple TV pod hasłem „It’s Showtime” (2006), sklep muzyczny przez Wi-Fi z kawą w Starbucksie w tle (2007), iTunes bez DRM (2009) i druga, mniejsza generacja Apple TV za 99 dolarów (2010). Trafiły tu nawet bezprzewodowa mysz z klawiaturą (2003) oraz 100 milionów dolarów funduszu dla twórców aplikacji (2008). A w październiku 2005 Apple zrobiło rzecz znamienną: całe wydarzenie nazwało po prostu „One More Thing” i pokazało na nim odcinki seriali w iTunes po 1,99 dolara. Żart na koniec awansował na tytuł imprezy.






iPhone, czyli czego tu nie ma
Na tej liście brakuje najgłośniejszego przykładu, a to nie przypadek. 9 stycznia 2007, też na Macworld w San Francisco, Jobs pokazał pierwszego iPhone’a. I to akurat nie było „one more thing”, bo iPhone był całym koncertem: Jobs otworzył nim keynote, zapowiadając „trzy produkty” (iPoda, telefon i internet w kieszeni), które okazały się jednym urządzeniem. Tak samo iPad dostał w 2010 własną scenę od pierwszej minuty. Dobry konferansjer wie, kiedy coś jest za duże, żeby chować to na koniec. Na sam koniec zostawia się raczej miłą niespodziankę po dobrym wieczorze niż rzecz, dla której wszyscy w ogóle przyszli. Dlatego nawet na premierze iPhone’a 4 najmocniejszym akcentem na finał było FaceTime, które Jobs odpalił na scenie, dzwoniąc wideo do Jony’ego Ive’a.


Cichy finał Jobsa
Z perspektywy czasu najmocniej wybrzmiewa coś pozornie błahego. Na WWDC 6 czerwca 2011 Jobs zapowiedział iTunes Match, usługę dopasowującą domową bibliotekę muzyki do chmury. Techniczny szczegół. Tyle że było to jego ostatnie „one more thing”. Zszedł ze sceny, a 5 października 2011 zmarł. Ten skromny finał waży dziś więcej niż niejedna głośniejsza premiera.

Po Jobsie fraza poszła na emeryturę
Tim Cook schował ten chwyt na lata, jakby nie chciał wkładać cudzego płaszcza. Wyciągnął go pierwszy raz dopiero 9 września 2014 w Flint Center, gdzie po premierze iPhone’a 6 powiedział „one more thing” i pokazał Apple Watch. Sala wstała. Potem fraza wracała oszczędnie: przy Apple Music (2015), a najmocniej 12 września 2017, w świeżo otwartym Steve Jobs Theater, gdzie na dziesięciolecie iPhone’a Cook zapowiedział iPhone’a X słowami, że „mają ogromny szacunek dla tych słów i nie używają ich lekko”.

Te ostatnie odsłony oglądałem już na żywo. U nas keynote’y lecą zwykle o 19, więc dało się je obejrzeć po ludzku: czasem z kimś umówionym na to samo, czasem samemu. iPhone X był przepiękny i chyba ostatni telefon, który zrobił na mnie aż takie wrażenie. Przesiadałem się z 6s i naprawdę miałem poczucie, że wchodzę w nową erę sprzętu: ekran od krawędzi do krawędzi, zero przycisku Home, odblokowanie twarzą. Musiałem go mieć, choć podstawowy model kosztował wtedy w Polsce 4979 złotych, a wersja 256 GB 5729. Spłukałem się przy nim solidnie, ale nie żałuję do dziś.

Trzy lata później, 10 listopada 2020, Apple poszło na całość i nazwało „One More Thing” cały event, na którym pokazało pierwsze Maki na własnym układzie M1. Byłem sceptyczny. Widziałem, co Microsoft zrobił ze swoim ARM-owym Windowsem RT, więc nie wierzyłem, że Apple przesiądzie laptopy na procesor rodem z telefonu bez katastrofy. Na szczęście się pomyliłem, bo ostatnie MacBooki Pro na Intelu potrafiły grzać jak żelazko. To był pierwszy raz, kiedy każdy pokazany na scenie sprzęt zasłużył na osobne „one more thing”.

Ostatnie jak dotąd „one more thing” to Vision Pro z czerwca 2023. Tu emocje miałem umiarkowane. Gogle za 3499 dolarów, czyli grubo ponad dwanaście tysięcy złotych, w Polsce i tak oficjalnie nie do kupienia. Fajna ciekawostka z gatunku tych, które ogląda się z fotela bez sięgania po portfel.

Co z tego zostało
Z perspektywy widza sprzed ekranu „one more thing” było czymś więcej niż chwytem sprzedażowym. Było obietnicą, że pod koniec wieczoru ktoś jeszcze raz spróbuje cię zaskoczyć. Dziś fraza krąży głównie jako mem i pada rzadko, a konferencje coraz częściej są przyciętym z góry filmem, bez sali, która mogłaby wstrzymać oddech. Może dlatego z tamtych wieczorów najmocniej został mi ten moment ciszy, kiedy Jobs łapał za niewidzialną klamkę. I to, że na grupce zawsze ktoś wtedy pisał: „no dawaj, co tam jeszcze masz”.





Co o tym myślisz?
Miło poznać Twoją opinię. Zostaw komentarz.